„Robotnik nie musi pić wódki z kryształowej karafki. Wódka nalewana z butelki smakuje tak samo” – w sierpniu 1947 roku partyjne gazety w ten sposób tłumaczyły wprowadzenie „podatku od przedmiotów zbytku”. Pieniądze z nowego „haraczu” miały być wydane na odbudowę wojewódzkiego miasta.

Wkrótce przy co lepszych artykułach leżących na sklepowych półkach pojawiły się kartki z napisem: „+ 10% od luksusu”.

10 procent drożej niż w innych miastach trzeba było płacić m.in. za: winogrono, suszone owoce zagraniczne, firanki, kryształowe karafki, zegarki, radioodbiorniki, aparaty fotograficzne, wycieraczki przed drzwi, dywany, krawaty, sztuczne kwiaty, (a podczas zimy także za kwiaty naturalne), wyroby ze złota (z wyjątkiem ślubnych obrączek), futra, fortepiany.

Na liście przedmiotów luksusowych znalazły się „pachnidła i wyroby kosmetyczne, z wyjątkiem artykułów higienicznych pierwszej potrzeby, wyrabianych w kraju” – a zatem: amerykańskie żyletki, czeskie szczoteczki do zębów oraz „kawior, ostrygi, homary i inne wyszukane gastronomiczne towary pochodzenia zagranicznego”. Tych ostatnich nie widziano w Łodzi od lata 1939 roku, ale na liście luksusów się znalazły.

Jak zareagowali łodzianie? Wsiedli do podmiejskich tramwajów, by większe zakupy zrobić w Pabianicach i Zgierzu. Niebawem nad Dobrzynką zabrakło dywanów, zegarków, wody kolońskiej i mydła z Czechosłowacji. Po rodzynki ustawiały się kolejki.

Zaniepokojeni pabianiczanie chcieli wymóc na władzach miasta, by wprowadziły zakaz sprzedawania „obcym”. Tym bardziej, że według państwowego rozdzielnika, nasze miasto dostawało tylko 10 proc. tego zaopatrzenia, jakie miała Łódź.

 

Kolejka po eshaelkę

Najdłuższa kolejka stała przed sklepem motoryzacyjnym „Motozbyt”. To dlatego, że artykułem luksusowym były także motocykle. Wraz z podatkiem od luksusu najtańszy motor marki SHL kosztował blisko 300 tysięcy zł. Pewien łodzianin, który w fabryce zarabiał 9 tys. zł miesięcznie i chciał na urlop pojechać motorem, poskarżył się władzom miasta. Odpowiedział mu Wydział Podatkowy Rady Narodowej: „Nabywanie samochodów i motocykli w cenie przekraczającej kilkaset tysięcy zł jest niedostępne dla świata pracy, a osoby nabywające je, bez uszczerbku finansowego mogą zapłacić 10 proc. podatku obowiązującego w Łodzi”.

 Centrala Handlowa Przemysłu Motoryzacyjnego „Motozbyt” zauważyła, że „sklep w Pabianicach wykazuje większe zapotrzebowanie na motocykle, niż sklepy łódzkie”. A komitet kolejkowy przed pabianickim sklepem ustalił, że wśród 34 chętnych na motor jest aż 29 łodzian. Motocykl SHL w Łodzi był droższy o prawie 28 tys. zł (2-3 miesięczne pensje robotnika).

„Dlaczego łódzki włókniarz ma płacić za radio drożej, niż warszawski murarz czy śląski górnik?” – latem 1950 roku pytali czytelnicy „Trybuny Ludu”. Partyjny dziennik stanął po stronie włókniarzy. „Klasa robotnicza nie może być różnicowana” – grzmiał.

Na odwagę zebrało się też redaktorom „Dziennika Łódzkiego”. Gazeta wykpiła pomysł, by do towarów zbytku zaliczać wycieraczkę przed drzwi (słomiankę) kosztującą aż 500 złotych oraz dość podłą wodę kolońską (235 zł). „Krawaty to zapewne gobeliny – czyli przedmioty absolutnego zbytku?” – oburzał się redaktor. Za maszynę do szycia „z elektrycznym motorkiem” trzeba było (z podatkiem) zapłacić 75.200 zł.

1 kwietnia 1950 roku (prima aprilis) „Dziennik Łódzki” wydrukował żart, jakoby władze zaliczyły do artykułów luksusowych także kartofle, fasolę i groch. Cena kartofli będzie wyższa o 10 procent – postraszyła gazeta. W redakcji natychmiast rozdzwoniły się telefony od oburzonych łodzian. W fabrykach omal nie wybuchły strajki kobiet. Nazajutrz gazeta musiała przepraszać za głupi dowcip. Pół roku później podatek od luksusu zniesiono.

Humor z lat 50.

Podatek od szczawiowej

Pod koniec lat 40. zeszłego wieku na portfel obywatela zasadzała się coraz większa zgraja urzędników państwowych. Kto chciał późnym wieczorem zjeść w restauracji zupę szczawiową albo kotlet mielony, ten musiał dopłacić do rachunku 10 procent. Powód? Rada Ministrów wprowadziła „podatek od spożycia”. Obowiązywał on od 23.00 do rana. Za serwowany w restauracjach alkohol (z wyjątkiem piwa) trzeba było dopłacić 25 proc. Za dania i pozostałe napoje – 10 proc. Podatek musieli płacić nawet ci, którzy niczego nie jedli i nie pili. Przepisy stanowiły, iż „pobiera się 20 zł od osoby przebywającej w lokalu w charakterze konsumenta”.

Restauratorów, którzy kombinowali z podatkiem (nie doliczali go do rachunku albo brali do własnej kieszeni), tropiły lotne brygady kontrolerów, udające konsumentów. Sąd starościński karał szefów knajp. Grzywna była słona: 60-70 tys. zł.

Równie surowe kary groziły za wiezienie rowerem lub niesienie w walizce mięsa i kiełbasy bez zezwolenia. Dopiero w lutym 1949 roku Komisarz Rządowy pozwolił, by „przewóz mięsa, wędlin lub tłuszczu w ilościach nie przekraczających 5 kg nie wymagał zaświadczeń lub zezwoleń” Centrali Mięsnej.

Od 24 lutego 1949 roku w sklepach Łodzi i Pabianic można było kupić trochę mięsa bez kartek. Nowe przepisy stanowiły, iż: „ludzie pracy, członkowie związków zawodowych, mogą nabyć po 1 kg mięsa lub wędlin w każdym sklepie – na legitymacje związkową. W jedne ręce nie będzie wydawane mięsa więcej niż na 3 legitymacje związkowe. Nieczłonkowie związków zawodowych będą mogli również nabyć mięsa po 1 kg w wyznaczonych do tego sklepach”.

 Mimo to humor nie opuszczał obywateli. Jesienią 1949 roku w Pabianicach opowiadano sobie taki dowcip:

- Zrobiłem dziś żonie na imieniny niespodziankę – mówi mąż. - Kupiłem jej parasolkę.

- Parasolka to taka wielka niespodzianka? – dziwi się kolega.

- Tak, bo żona się spodziewała futra.

artykuł z "Dziennika Łódzkiego", 1947

Roman Kubiak