18 stycznia 1940 r. okupanci zamknęli wszystkie szkoły w mieście. Szybko rozpoznali, że warsztaty Gimnazjum Mechanicznego (przemianowanego na Deutsche Mechanische Fachschule) nadają się do produkowania sprzętu dla niemieckiej armii. W szkole przy  Tuschinerstrasse  (przed wojną i obecnie ulica Piotra Skargi) można wytwarzać elementy luf i celowniki dział przeciwpancernych, mechanizmy wieżyczek czołgów, części do samolotów Luftwaffe, amunicję dla artylerii. Stały tutaj obrabiarki, w Pabianicach mieszkali fachowcy i wykwalifikowani robotnicy, było mnóstwo tanich polskich rąk do pracy.

Szkołą zarządzał mianowany przez Niemców dyrektor Edward Adamczewski, żarliwy hitlerowiec, nauczyciela łaciny i języka niemieckiego. Adamczewski miał niemieckie pochodzenie. Przed wojną pracował w męskim Liceum im. Śniadeckiego. Uczniowie zapamiętali go jako wyjątkowo surowego belfra, zwolennika pruskiego drylu szkolnego i kar cielesnych.

W maju 1940 r. do szkoły przyjechali dwaj inżynierowie z zakładów Lohmann Werke AG w Bielefeld (Nadrenia Północna-Westfalia). Mieli ustalić, jakie urządzenia, narzędzia i technologie trzeba by sprowadzić z Niemiec, by w okupowanej szkole jak najszybciej ruszyła produkcja zbrojeniowa.

Firma Lohmann przez niemal pół wieku słynęła z wytwarzania lamp karbidowych i solidnego sprzętu rowerowego: skórzanych siodełek, prądnic (dynam), lamp, bagażników. Gdy w latach 30. faszyści doszli w Niemczech do władzy, szefowie zakładów podjęli się produkcji zbrojeniowej. Podczas wojny firma szybko potroiła zyski.

Już na przełomie maja i czerwca 1940 r. szkoła z warsztatami przy Tuschinerstrasse została przejęta przez zarząd firmy Lohmann Werke AG – jako jej wschodnia filia. Wkrótce na bocznicę kolejową w Pabianicach wtoczyły się wagony z maszynami . Część tego sprzętu hitlerowcy zrabowali w podbitej Belgii, Danii i Holandii. Z bocznicy do szkoły ciężarówki woziły tokarki, frezarki, strugarki do kół zębatych, szlifierki, wytaczarki.

Harald Sudeck, nadzorca fabryki zbrojeniowej w Pabianicach, nauki bicia ludzi brał w SS Totenkopfverbände (fot. archiwum Romana Kubiaka)

Tajna produkcja w Pabianicach

Wszystko, co Niemcom nie było potrzebne, z budynku szkoły kazali wynieść, wywieźć lub spalić. Zniknęły ławki i tablice, wywieziono księgozbiór biblioteki (prawdopodobnie na przemiał w fabryce papieru). W większych pomieszczeniach stanęły maszyny i stanowiska do montażu uzbrojenia.

Produkcja zbrojeniowa ruszyła już w lipcu. Pracowało przy niej 484 Polaków – głównie absolwentów szkoły, uczniów i przedwojennych nauczycieli zawodu. Dyrektorem generalnym pabianickiej filii Lohmann Werke został 39-letni Harald Sudeck. Nie był to ani inżynier, ani fachowiec od zarządzania fabryką, lecz esesman z SS Totenkopfverbände, członek faszystowskiej partii NSDAP. Do maja 1940 r. Sudeck służył w gdańskiej jednostce SS szkolącej służbę wartowniczą dla niemieckich obozów koncentracyjnych.

Z Rzeszy przyjechał niemiecki zarząd filii: Kurt-Hans Kornik (dyrektor gospodarczy i komendant zakładowej policji), Wolfgang Sternberg (dyrektor techniczny, członek NSDAP i oddziałów szturmowych SA), Walter Thalenhorst (dyrektor administracyjno-personalny), Paul-August Boecker (kierownik montażu), Erick-Franz Schreiber (kierownik produkcji), Fritz-Heinrich Max-Reuter (kierownik warsztatu). Pomagali im volksdeutsche: Rudolf Rosenberg z Ksawerowa (kierownik stolarni i modelarni) oraz Edmund Mundt z Pawlikowic (mistrz montażu).

Produkcja była tajna. Na rysunkach technicznych wyrobów widniał duży nadruk „Staatsgeheimnis” (tajemnica państwowa).

Pracownikom nie wolno było opowiadać nikomu, że wytwarzają elementy wieżyczek czołgów i dział przeciwpancernych, celowniki, aparaty nasłuchowe i radiowe do łodzi podwodnych, samolotów (junkersów). Polskich robotników nie spuszczali z oka zakładowi policjanci – konfidenci gestapo. Mimo to wywiad Armii Krajowej szybko ustalił, że mechanizmy armat i urządzenia celownicze są wysyłane do zakładów Henschel w Kassel, gdzie montowano czołgi dla Wehrmachtu.

Zaświadczenie o pracy przymusowej.

Bo pabianiczanie jedzą niemiecki chleb…

Robotnicy harowali przy maszynach po 12-20 godzin dziennie. Także w soboty i niedziele. Tokarz Henryk Klonowski wspominał, że druga zmiana pracowała nocą. „Niemcy traktowali nas jak ludzi trzeciej kategorii. Bili, poniżali” – opowiadał. Kierownik produkcji, Schreiber, twierdził, że „dla Polaków 24 godziny pracy na dobę to też za mało”.

Nie wolno było rozmawiać po polsku. Volksdeutsch Rosenberg bił za to w twarz. Powtarzał, że Polacy powinni się nauczyć języka niemieckiego, bo jedzą niemiecki chleb. Rosenberg, który władał językiem polskim, podsłuchiwał robotników, szpiegował ich i donosił esesmanowi Sudeckowi.

Polacy dostawali połowę stawki niemieckiego pracownika, obłożoną drakońskim podatkiem wojennym. Raz dziennie stawiano przed nimi miskę zupy z ziemniaków, brukwi albo kapusty.

Tygodniowa racja żywnościowa (do wykupienia na przydziałowe kartki) wynosiła: 2 kg ziemniaków, 1 kg chleba, 12 dag margaryny, 15 dag marmolady, 25 dag słoniny.

Tych, którzy nie dawali rady wykonać dziennej normy produkcji albo pracowali niedbale, zamykano w fabrycznym areszcie. Była to ciasna piwniczna cela (1,5 metra kw.) bez okien, z betonową posadzką, zwana „bunkrem”. Ukarany musiał stać na betonie przez 12 godzin. Potem strażnik kazał mu wrócić do maszyny.

Popisujący się swą bezgraniczną władzą komendant Kornik zawzięcie „polował” na mniej skorych do pracy. Gdy pewnego razu przyłapał opieszałego szlifierza Czesława Idasiaka, uderzył go pięścią w twarz. Idasiak, który przed wojną nieźle boksował w klubie sportowym Kruszender, bez namysłu wyprowadził potężny cios na szczękę, nokautując Kornika. W zamieszaniu udało mu się uciec. Idasiak przedostał się do oddziału partyzanckiego na Lubelszczyźnie. Po wojnie wrócił do szkoły, jako nauczyciel wychowania fizycznego.

Co Adolf Hitler robił w Pabianicach we wrzesniu 1939 roku - przeczytaj artykuł historyczny Romana Kubiaka - TUTAJ

Niemcy szaleją

Chorych robotników ze szkoły przy ul. Tuschinerstrasse  (Piotra Skargi) hitlerowcy wywlekali z domów i zaganiali do pracy. Ślusarz Zygmunt Kraj zachorował w 1942 r. Niemiecki lekarz wystawił mu zwolnienie. Zachorowali także: Marian Szwagrzak i Antoni Gajda. Policjanci wywlekli chorych z łóżek i przewieźli do fabryki. Na dziedzińcu czekała już zwołana załoga. Dyrektor personalny Thalenhorst oświadczył, że zwolnień nie honoruje. „Tu nie wolno chorować!” – krzyczał. „Chorujący robotnicy będą aresztowani i wieszani na dźwigu”. Szef zakładowej policji, Kornik, bił i kopał chorych. Hitlerowcy wywieźli ich do aresztu.

Kto zemdlał przy maszynie albo ciężko się rozchorował, ten musiał stanąć przed kierownikiem Paulem Boeckerem. Niemiec darł na strzępy lekarskie zwolnienia. Chorych oskarżał o sabotaż. Ale nie wszystkich… Gdy dostał łapówkę, pozwalał pójść do domu. Łapówki chętnie brał także Thalenhorst. Za zwolnienie robotnika z więzienia domagał się 2 tys. marek.

Komendant Kornik lubił dopadać swe ofiary, znienacka uderzać w tył głowy i dusić. „Ja cię załatwię, polska świnio!” – wrzeszczał.

Kierownik warsztatu, Max-Reuter, miał dziką satysfakcję, gdy po jego komendzie: „Padnij!”, młodzi Polacy leżeli na posadzce. Sadysta kopał ich w krocze. Zimą wyganiał na mróz. Kazał się czołgać po lodzie, aż ubrania Polaków nasiąkały krwią spod zdartej skóry. Reuter nazywał to „tresowaniem bydła”.

Przymusowym pracownikiem biura filii Lohmann Werke był 18-letni Jan Frąckiewicz. Niemcy podejrzewali go o szpiegostwo. W maju 1942 r. Frąckiewicz („Jasiek”) został aresztowany. Gdy hitlerowcy wyprowadzali go do stojącego przed szkołą auta, uciekł. W mieszkaniu przy ul. Południowej zbiega ukrywała Walentyna Madejska, matka dwóch synów pracujących w Lohmann Werke. Szczupły „Jasiek” wcisnął się między dwie duże szafy. Choć Niemcy dwukrotnie przeszukali całą kamienicę, nie znaleźli zbiega.

Trzy dni później Walentyna Madejska ubrała Frąckiewicza w długi płaszcz, nałożyła mu perukę i wyprawiła do punktu kontaktowego w Ozorkowie. Polscy kolejarze wsadzili „Jaśka” w cysternę na mleko i wywieźli. Jan Frąckiewicz walczył później w powstaniu warszawskim, po wojnie studiował. W 1986 r. przyjął święcenia kapłańskie w obrządku bizantyjskim. Był misjonarzem w Indiach, Libanie i na Syberii. Zginął w Rosji z rąk pospolitego przestępcy.

 

Sabotażyści

Hitlerowcy podejrzewali, że wśród polskich robotników filii Lohmann Werke są sabotażyści. W inny sposób nie dało się wytłumaczyć, dlaczego często pękają wiertła, szybko niszczą się tokarskie noże i raz po raz maszyny stają z powodu awarii zasilania. Gdy pewnego dnia celowo uszkodzone zębatki maszyny doprowadziły do przestoju całego zakładu zbrojeniowego, Niemcy wpadli we wściekłość.

Historyk Alicja Dopart, która przez lata zajmowała się zbieraniem dokumentacji robót przymusowych w szkole podaje, że 1 maja 1942 r. hitlerowcy aresztowali Tadeusza Świątka ( „Blizna”) – szefa wywiadu gospodarczego w Pabianicach. W jego mieszkaniu znaleziono materiały szpiegowskie. W ręce gestapo wpadł też robotnik Hieronim Tszydel i maszynistka biurowa Alina Bartoszek, podejrzewani o wykradanie tajnej dokumentacji zbrojeniowej. W biurku Tszydela Niemcy znaleźli blankiety przepustek i legitymacji pracowniczych, szykowane dla AK.

Tszydel zginął w obozie koncentracyjnym. Alina Bartoszek („Falka”), przetrwała piekło Oświęcimia, Ravensbrück, Buchenwaldu i Lipska. Końca wojny nie doczekał jej brat, Zenon Bartoszek („Piła”), który też się zajmował wywiadem przemysłowym. Hitlerowcy zakatowali go podczas przesłuchań. „Piła” nikogo nie wydał.

Dopiero po wojnie okazało się, że w pabianickiej filii Lohmann Werke działało nie kilku, a kilkudziesięciu sabotażystów. Jan Gramsz, Tadeusz Kowalski, Marian Krac, Klemens Pawlak sprytnie zniszczyli tryby maszyn. Marian Klockowski, Zygmunt Kraj, Józef Mik, Wacław Rudnicki, Cezary Łuczywek, Tadeusz Szafrański parokrotnie uszkodzili narzędzia do obróbki metalu. Ktoś utopił w ubikacji precyzyjne elementy celowników. W odlewni notorycznie defektował piec.

 

Polacy robią… szmelc

W kwietniu 1943 r. niemiecki zarząd fabryki raportował, że jakość uzbrojenia produkowanego na front wschodni jest fatalna. Spośród 215 mechanizmów do czołgów, 12 było wybrakowanych. Co 7. aparat nasłuchowy do łodzi podwodnych nadawał się na szmelc.

Spora grupa fabrycznych konspiratorów wywodziła się z Szarych Szeregów – ustaliła historyk Alicja Dopart. Byli to: Kazimierz Jakubowski ( „Trzeciak”),  Zygmunt Kraj („Krótki”), Kazimierz Pietrzak („Kalina”), Ryszard Kudliński („Szron”), Stanisław Żuber („Sokół”), Marian Wadowskl („Kszyk”), Tadeusz Pawlikowski („Apollo”), Bogdan Szulc, Jolanta Sulej („Lot”), Wincenty Kamiński, Zygmunt Szwestka, Ryszard Frasiak. Oprócz małego sabotażu, zajmowali się wywiadem. Kopiowali dokumentacje części do czołgów, samolotów i łodzi.

Marian Wadowski („Kszyk”) na kilka godzin dostawał dokumentacje techniczne i rysunki, wyniesione z biura przez Alinę Bartoszek („Falka”). Nocą fotografował je w mieszkaniu przy ul. Kościelnej. Rankiem zdjęcia przejmował wywiad Armii Krajowej.

Co najmniej 18 dywersantów było konspiratorami Staromiejskiej Kompanii Orzeł Biały, zawiązanej już w 1939 r. Chłopcy z Orła Białego byli specjalistami od robienia zwarć w instalacji elektrycznej, skutkiem czego stawały maszyny. Roman Molenda, który w mieszkaniu przy ulicy Maślanej (dzisiejsza ul. Sikorskiego) drukował konspiracyjne gazetki, musiał uciekać z Pabianic. Kilka miesięcy później został aresztowany. Zginął w Oświęcimiu. Uciekać musiał też tokarz Józef Kowalski - do partyzantów na Kielecczyźnie. Zginął w boju pod Diablą Górą w 1942 r.

W czerwcu 1943 r. represje osłabły. Robotnikom zwiększono racje żywnościowe. O 20 proc. więcej zarabiali zatrudnieni przy produkcji mechanizmów do czołgów tygrys. W portierni fabryki Niemcy wywiesili apel, by oddać krew dla bohaterskich żołnierzy Wehrmachtu walczących na froncie wschodnim.

Wiosną 1944 r. Niemcy wydali rozkaz ewakuowania zakładów zbrojeniowych. Maszyny, urządzenia i narzędzia z Pabianic miały być wywiezione do Bielefeld i pobliskiego miasta Herford. Na obrzeżach Herford stały puste hale fabryki mebli Beka Möbelwerke, gdzie chciano rychło wznowić produkcję zbrojeniową. Do pracy w Rzeszy hitlerowcy postanowili wysłać też 350 polskich robotników i robotnic z warsztatów. Szef zakładowej policji ostrzegł, że kto odmówi wyjazdu, ten skończy w obozie zagłady.

Rok 1944. Ewakuacja fabryki zbrojeniowej z Pabianic (foto. archiwum Romana Kubiaka)

Niszczyciele

W maju 1944 r. wszyscy pracownicy hitlerowskich zakładów zbrojeniowych w pabianickiej „Szkole Rzemiosł” musieli pomaszerować na apel. Dyrektor generalny - esesman Harald Sudeck, oświadczył, że „z powodu przejściowych niepowodzeń niezwyciężonej niemieckiej armii na froncie wschodnim”, produkcja musi być przeniesiona z Pabianic do Rzeszy. „Ale Niemcy tu wrócą” – dodał Sudeck. Odpowiedział mu pomruk robotników przymusowych: „Nie daj Boże”.

Hitlerowcy kazali demontować maszyny i ładować je na wagony kolejowe. Do września 1944 r. wywieźli całe wyposażenie szkolnych warsztatów przy ul. Tuschinerstrasse (Piotra Skargi). Zagrabili też maszyny, które przed wojną były własnością polskiego Gimnazjum Mechanicznego. Pakowano je do skrzyń pospiesznie zbijanych z desek. Ponieważ drewna brakowało, Niemcy kazali rozbierać drewniane budynki magazynów, zrywać podłogi i boazerie w salach lekcyjnych, rozbijać okoliczne płoty. Skrzyniami z częściami zrabowanych maszyn zapełnili 90 wagonów kolejowych.

Szkoła była zdewastowana. Ze ścian wypruto miedziane przewody elektryczne, zniszczono podstację energetyczną i windę towarową.

Towarowe pociągi z robotnikami i maszynami jechały do Rzeszy przez prawie tydzień. W Herford-Sundern wprowadzono ich do hali po malarni mebli. Na betonowej posadzce stały piętrowe prycze. Nie było ani wody, ani ubikacji, ani pieca. Ci, którzy nie zmieścili się pod dachem hali, musieli zbudować sobie drewniane baraki.

Feliks Tomalczyk wspominał, że praca w Rzeszy była morderczo ciężka. Niemcy domagali się, by robotnicy przymusowi produkowali broń nawet nocami, gdy ustawały naloty bombowe Amerykanów. Z dnia na dzień ograniczali racje żywnościowe.

Od września 1944 r. wzmogły się alianckie naloty bombowe na stutysięczne miasto Bielefeld. Celem były fabryki zbrojeniowe. Coraz częściej amerykańskie bomby wybuchały w zakładach Lohmann Werke. 5 września zginęło kilkudziesięciu pracowników, w tym czworo z Pabianic: archiwistka Agnieszka Chojnacka, formierz Antoni Gajda, ślusarz Zygmunt Dychto, kontysta Stanisław Kaczmarek.

Ryk syren obrony przeciwlotniczej przerywał także pracę w Herford. Polaków zapędzano wtedy do schronu pod bocznicą kolejową pobliskiego browaru. Tych, którzy się ociągali, komendant Kurt Kornik okładał grubym kablem. Tokarza Stanisława Zubera ciężko pobił za to, że Polak źle przetoczył otwór. Wiertacz Ryszard Kudliński wspomina, że w obronie bitych odważnie stawali inżynierowie Antoni Tymieniecki i Teobald Olejnik oraz technik Wiktor Biskupski.

Barak w Herford-Sundern. Tu zakwaterowano robotników z Pabianic (fot. archiwum)

Nadciągają Amerykanie

Rankiem 1 kwietnia 1945 r., gdy było już słychać huk amerykańskich dział, Niemcy zarządzili ewakuację zakładów. Na rozkaz Kurta Kornika pospiesznie niszczyli dokumentacje techniczne, palili rysunki konstrukcyjne. Polskim robotnikom kazali uformować kolumnę i maszerować na wschód. Ale ewakuacja się nie powiodła, bo miasto było już okrążone przez wojska amerykańskie. Polacy wrócili do baraków. Gdy z okien ujrzeli pierwsze wozy pancerne Amerykanów, padły strzały. To komendant Kornik z grupką najbardziej zaciekłych hitlerowców bronił fabryki „do ostatniego naboju”.

Amerykanie odpowiedzieli ogniem. Pociski spadły na halę produkcyjną i barak robotników. Dwóch pabianiczan zginęło. Na pobliskim cmentarzu koledzy pochowali 16-letniego tokarza Zdzisława Książczyka i 18-letniego tokarza Waldemara Śpionka. Kilkunastu robotników było rannych.

Gdy niemieccy inżynierowie i nadzorcy fabryki próbowali uciec, robotnicy przymusowi rzucili się na nich. Linczowi zapobiegł inżynier Teobald Olejnik i technik Wiktor Biskupski, powstrzymując rozwścieczonych Polaków. Jeszcze tego samego dnia amerykańscy i brytyjscy oficerowie śledczy zaczęli spisywać zeznania przymusowych robotników z Pabianic. Skrzętnie notowali, którzy hitlerowcy znęcali się nad Polakami, bili, zastraszali, denuncjowali do gestapo. Zebrali 70 zeznań. Odczytano je dwa lata później podczas sądowego procesu pojmanych nadzorców z firmy Lohmann Werke.

Po kapitulacji Niemiec byłym robotnikom wiodło się bardzo dobrze (fot. archiwum)

Wracać czy nie wracać?

Alianci przekwaterowali robotników do koszar, browaru i szkoły. Warunki bytowe były tam dużo lepsze. Kazali otworzyć poniemieckie magazyny z konserwami, masłem, cukrem, serami. Pabianiczanie dostawali jedzenie także z międzynarodowej organizacji pomocy dla ofiar wojny (UNNRA). Przywieziono im amerykańskie ubrania. W maju 1945 roku robotników rozlokowano w siedmiu pobliskich wioskach.

Ryszard Kudliński wspomina, że nie kwapili się do powrotu w ojczyste strony. Kilku kolegów dotarło wprawdzie do Pabianic, ale szybko wrócili do Herford. W zniszczonej Polsce panowała bieda, panoszyli się komuniści, narastał terror. A w Herford byli robotnicy przymusowi mieli doskonale zaopatrzoną stołówkę, pływalnię, boiska, kościół, wygodne pokoje, dobre ubrania.

Założyli szkołę, teatrzyk, drużynę harcerską, klub sportowy. Rodzinom w Polsce wysyłali paczki z żywnością i odzieżą.

Jesienią Brytyjczycy, którzy przejęli od Amerykanów strefę okupacyjną, odprawili do Polski pierwsze transporty repatriacyjne. Wojskowymi ciężarówkami wieźli byłych robotników do granicy na Odrze lub do portu w Lubece. Na powrót do zrujnowanego kraju zdecydowała się niespełna połowa pabianiczan. Reszta wolała zostać w Niemczech albo osiedlić się w innym państwie zachodniej Europy, gdzie warunki życia były o niebo lepsze. Kilkoro wyjechało do USA, Kanady i Australii.

Na frontowej ścianie „Mechanika” przy ul. Piotra Skargi wisi dziś tablica upamiętniająca 19 polskich przymusowych pracowników zakładów Lohmann Werke, którzy zginęli w latach 1940-1945: Antoniego Adamczyka, Zenona Bartoszka, Agnieszkę Chojnacką, Zygmunta Dychtę, Tadeusza Frankiewicza, Antoniego Gajdę, Stanisława Kaczmarka, Józefa Kowalskiego, Zdzisława Książczyka, Jerzego Łacwika, Romana Misiewicza, Romana Molendę, Henryka Morawskiego, Czesława Możyszka, Karola Pietraszka, Waldemara Śpionka, Hieronima Tszydela, Ryszarda Wulkiewicza, Bogumiła Zawodzińskiego.

Tablicę tę odsłonięto w 1990 r. Najbardziej starali się o to: nauczyciel Mieczysław Zięba, Stanisław Żuber i Ryszard Kudliński. Odlew w mosiądzu wykonał absolwent „Kilińskiego”, Zbigniew Kluczak. Na uroczystość odsłonięcia tablicy przyjechała niemiecka delegacji z Bielefeld.

Rok 1948. Na ławie oskarżonych siedzą byli zarządcy filii Lohmann Werke w Pabianicach (fot. PKF)

Mają ich!

Niespełna dwa lata po wojnie nadeszły wieści, że Brytyjczycy schwytali 9 hitlerowców, którzy w latach 1940-1945 zarządzali robotami przymusowymi w pabianickiej szkole rzemieślniczej i wywieźli Polaków do Herford-Sundern. Śledczy wytropili ich w brytyjskiej strefie okupacyjnej Niemiec. Wśród zatrzymanych był okrutny esesman Harald Sudeck – dyrektor generalny filii zakładów zbrojeniowych Lohmann Werke w Pabianicach, i Kurt-Hans Kornik - jego gorliwy pomocnik, komendant zakładowej policji. Rząd Polski domagał się natychmiastowej ekstradycji zatrzymanych.

3 maja 1947 r. władze brytyjskiej strefy okupacyjnej deportowały do Polski 9 Niemców. Przywieziono ich do aresztu w Łodzi, gdzie pół roku czekali na proces o zbrodnie przeciwko ludzkości. Akt oskarżenia zarzucał im systematyczną eksterminację Polaków, znęcanie się nad robotnikami przymusowymi, wyzysk, szantaż, wywiezienie do Rzeszy 300 osób i polskiego majątku (maszyn, urządzeń, surowców) oraz zdewastowanie szkoły w Pabianicach. Prokurator dowodził, że oskarżeni Harald Sudeck, Kurt Kornik, Walter Thalenhorst, Erick-Franz Schreiber i Wolfgang Sternberg wydawali Polaków w ręce gestapo, doskonale wiedząc, że skazują ich na cierpienia i śmierć. Padły nazwiska pracowników zamordowanych w więzieniach: Czesława Możyszka, Tadeusza Frankiewicza, Henryka Morawskiego, Jerzego Łacwika.

Harald Sudeck miał postawiony jeszcze jeden zarzut: przynależność do przestępczej organizacji SS Totenkopfverbände. 

W Sądzie Okręgowym odczytano zeznania 68 świadków – byłych robotników przymusowych ze szkoły w Pabianicach, wywiezionych w 1944 r. na roboty do Niemiec. W charakterze świadków przesłuchano kilkunastu pabianiczan. Tadeusz Podsiadłowicz, Witold Mendak, Wacław Rudnicki i Apoloniusz Guzenda opowiadali o biciu pracowników przymusowych kablem, katowaniu stalowymi rurkami, polewaniu ludzi wodą na mrozie, wtrącaniu do ciemnych betonowych cel, wysyłaniu do obozów zagłady. Stanisław Śledź opisał śmierć kolegów zmuszanych do pracy ponad siły.

To oni znęcali się nad pabianickimi robotnikami.

Świadek Wincenty Kamiński zeznał, że podczas rewizji dyrektor administracyjny Walter Thalenhorst znalazł węgiel w teczce kreślarza Karola Pietraszka. Za kradzież około 3 kilogramów węgla Thalenhorst i Sudeck kazali aresztować Polaka. Pietraszek zmarł w więzieniu. Po zamordowaniu robotnika Tadeusza Frankiewicza jeden z Niemców miał powiedzieć: „O jednego polskiego bandytę mniej”.

Tadeusz Bolonek zeznał, jak z rozkazu Sudecka i Kornika hitlerowscy oprawcy masakrowali niepokornych robotników. Thalenhorst sam skatował do nieprzytomności Czesława Możyszka i Henryka Morawskiego, zanim doniósł na nich do gestapo. Obaj Polacy nie przeżyli ciężkiego więzienia. Zeznania te potwierdził Zdzisław Kwaśniewski.

Świadkowie Leon Mozer, Leon Knop i Maria Tomaszewska opowiadali, jak volksdeutsch Edmund Mund bił robotników, zmuszając do ciężkiej pracy nawet tych, którzy byli chorzy i mieli zwolnienia wystawione przez niemieckiego lekarza. Polskie gazety pisały o oskarżonych: „To nie byli przedsiębiorcy, to były bestie w ludzkiej skórze”, „Niewolnictwo w niemieckim stylu. Prawda wychodzi na jaw, kawałek po kawałku”.

Przed polskim sądem esesman Harald Sudeck tłumaczył się, że tylko wypełniał rozkazy (fot. PKF, archiwum Romana Kubiaka)

Butni oprawcy

Oskarżeni nie okazali cienia skruchy. Zaprzeczyli, by pabianiccy robotnicy byli zmuszani do ciężkiej pracy i wyjazdu na roboty do Niemiec. Zgodnie „nie pamiętali”, by kogokolwiek bili, a zeznania swych ofiar nazywali „wymysłami”. Gdy sędzia Andrzej Garus spytał oskarżonych, kto lepiej pamięta uderzenia: ten kto bił, czy ten, kto odbierał razy, odpowiedzią było milczenie.

Na pytanie prokuratora Lewińskiego, czy przywłaszczenie polskich maszyn i urządzeń było zgodne z prawem, esesman Harald Sudeck, okupacyjny dyrektor filii Lohmann Werke, odparł: „Było to zgodne z prawem niemieckim. Ja tylko wykonywałem rozkazy”.

Proces relacjonowała Polska Kronika Filmowa. Jej lektor zauważył, że główny oskarżony – Harald Sudeck, odczytywał swe notatki spisane na firmowym papierze z wydrukowanym nagłówkiem: „Im Namen des Deutschen Volkes” (w imieniu narodu niemieckiego).

Wyroki zapadły 26 lutego 1948 r. Były surowe: Harald Sudeck – kara śmierci, Kurt-Hans Kornik – kara śmierci, Walter Thalenhorst - 15 lat więzienia, volksdeutsch Rudolf Rosenberg – 10 lat więzienia, Paul-August Becker - 8 lat więzienia, Fritz-Heinrich Max-Reuter - 8 lat więzienia, Erick-Franz Schreiber - 5 lat więzienia, volksdeutsch Edmund Mundt - 3 lata więzienia. Jednego oskarżonego - Wolfganga Sternberga (byłego dyrektora technicznego), sąd uniewinnił i odesłał do Niemiec.

22 stycznia 1949 r. wykonano wyroki śmierci na 48-letnim Sudecku i 62-letnim Korniku. Thalenhorstowi Sąd Najwyższy złagodził karę z 15 lat do 3,5 roku więzienia. Mundt wyszedł na wolność w 1948 r., Becken wrócił do Niemiec w 1950 r. (prezydent Bolesław Bierut darował mu resztę kary), Max-Reuter - w 1953 r., Rosenberg - w 1955 r.

Roman Kubiak

PRZECZYTAJ INNE ARTYKUŁY TEGO  AUTORA (Romana Kubiaka):

Ten wirus zabił tysiące. A zaczęło sie podobnie jak z koronawirusem

100 milionów dolarów czeka na pabianiczanina!

Ogromny spadek dla rodziny z Pabianic?

Gdy pabianiczanie płynęli do Brazylii. Za chlebem

Jak szynka z Pabianic podbiła Stany Zjednoczone

Będzie wymiana pieniędzy: za 100 starych złotych - tylko 1 zł

Co Adolf Hitler robił w Pabianicach we wrześniu 1939 roku?