„Lud żywi się czarnym gliniastym chlebem, którego pochodzenia nie może określić. Tłumy głodnych oczekują w długich ogonach na wyznaczone okruchy rzekomego chleba, brązowego cukru, odrobinę nafty” – pisała „Gazeta Pabjanicka”. Harcerze układali śmiałe plany ataku na pruskie koszary, a złodzieje obserwowali, którędy najlepiej się dostać do wojskowych składów żywności. Tak wyglądały pierwsze dni listopada 1918 roku nad Dobrznką.

W rękach młodzieży ze Starego Miasta, konspiratorów z Powszechnej Organizacji Wojskowej i dowborczyków (byłych żołnierzy sformowanego w Rosji polskiego korpusu pod dowództwem gen. Józefa Dowbor-Muśnickiego) było ledwie kilka rewolwerów, pistoletów, bagnetów i szabli. Do ulicznych walk z Niemcami sposobiono noże, żelazne laski i drewniane pałki.

W pierwszych dniach listopada z Pabianic wymaszerował oddział pruskich „huzarów śmierci”, stacjonujący w murach fabryki Kindlera przy ul. Zamkowej. Prusacy zabrali karabiny maszynowe i armatki. Żegnały ich gwizdy pabianiczan. Miasto opuścił też oddział dragonów, żandarmów i piechoty.

Najmocniej wrzało w polskich szkołach. W ośmioklasowej Szkole Handlowej, mieszczącej się w trzypiętrowy budynek przy ul. Długiej 14 (dziś ul. Pułaskiego) od lat nielegalnie działała drużyna harcerska. Druhowie, którzy latem przeszli szkolenie wojskowe w Lasku Miejskim, teraz gotowali się do walki.

Wydarzenia z 10 listopada 1918 r. w Pabianicach tak wspominał ówczesny harcerz i drużynowy, 19-letni Eugeniusz Maciejewski (po wojnie architekt i oficer Wojska Polskiego): „Około południa spotkałem na Zamkowej dowborczyka, Januszkiewicza, który przekazał mi poufne polecenie zorganizowania starszych harcerzy do pomocy dowborczykom i peowiakom, którzy wieczorem mieli przyjść z Łodzi do Pabianic w celu rozbrajania wojskowych garnizonów niemieckich. Wiadomość tę przekazałem komendantowi hufca ZHP, Edmundowi Maciejewskiemu. Po naradzie z drużynowymi komendant wydał rozkaz zbiórki oddziału starszych harcerzy. Zawiadomił o tym ludzi z Towarzystwa Gimnastycznego Sokół (patriotycznej organizacji młodzieży), by zmobilizować większe siły pomocnicze”.

Wieczorem 30 harcerzy z klas szóstej, siódmej i ósmej Szkoły Handlowej stawiło się w Domu Ludowym przy ul. Kościuszki (dziś Miejski Ośrodek Kultury), by uczestniczyć w układaniu planów rozbrajania Niemców. Plany układali działacze POW, i dowborczycy. Byli wśród nich: Henryk Świetlicki i Antoni Jankowski. Druhowie zawiązali Harcerskie Pogotowie Wojenne (40 osób) i Pogotowie Młodzieży (niezrzeszonej). Miejscem zbiórki jednej grupy był budynek progimnazjum męskiego przy ul. Kościelnej. Tutaj, w siedzibie drużyny harcerskiej im. Jana Kilińskiego, dokonano przeglądu drużyn. Po modlitwie harcerze wybiegli w miasto.

Druga grupa konspirowała w prywatnej kamienicy. „Zebraliśmy się w tajemnicy przed rodzinami, najpierw w mieszkaniu druha Stanisława Morawskiego” – wspominał druh Maciejewski. „Stawili się prawie wszyscy drużynowi, plutonowi i zastępowi oraz kilku starszych szeregowych. Broni nie mieliśmy, oprócz jednego pistoletu, kilku kijów i lasek”. Wśród konspiratorów był 17-letni Gienek Wyrwicki, syn szewca ze Starego Miasta, którego na akcję zabrał starszy brat (po odzyskaniu niepodległości Wyrwicki został pilotem wojskowych myśliwców, we wrześniu 1939 r. bronił Warszawy, poległ w powietrznej bitwie nad Francją).

Z ciasnego mieszkania druha Morawskiego chłopcy pobiegli do izby harcerskiej przy domu parafialnym św. Mateusza. W rynku Starego Miasta wystawili czujki. Na ulice wyszły patrole kontrolne. Sześciu harcerzy wypatrywało polskich oddziałów, które miały przymaszerować od strony Łodzi - co obiecali peowiacy.

Ale oddziały nie nadciągały. „Po meldunkach patroli o zwiększonych ruchach i transportach konnych wojska niemieckiego, zdecydowaliśmy się sami rozpocząć akcję rozbrajania żołnierzy w celu zdobycia broni i majątku wywożonego przez okupanta” - wspominał Maciejewski.

O zmroku chłopcy dostali rozkaz przedostania się na ulicę Kościuszki, do bramy bursy Szkoły Handlowej. Pobiegli tam ostrożnie, pod murami kamienic. W podwórzu bursy już czekali na nich „sokoli” – czyli chłopcy z „Sokoła”. Było ich około 40. Razem z harcerzami stanowili znaczną siłę – niestety, bez broni.

Rok 1918: żołnierska kuchnia Czerwonego Krzyża w Pabianicach

Bojówki na ulicach

Do rozbrajania okupantów pierwsi zgłosili się chłopcy z nożami i żelaznymi laskami. Gdy harcerska czujka zauważyła idącego ulicą Niemca albo dwuosobowy patrol żandarmów, z bramy wypadała bojówka. Zaskoczeni Prusacy nie bronili się. Byli zdezorientowani. W godzinę harcerzom i „sokolim” poddało się siedmiu żołnierzy okupanta, bez walki oddając karabiny i pistolety.

Tymczasem uczniowskie patrole zameldowały, że ulicą Cmentarną (dziś Kilińskiego) maszeruje oddział niemieckiej piechoty w pełnym rynsztunku, z taborami. Kolumna skręcała w Zamkową, zmierzając w stronę Łasku. „Takiej siły zaatakować nie mogliśmy” – wspomina jeden z druhów. „Początkowo, kiedy w ciemnościach nie orientowaliśmy się w liczebności Niemców, komendant wraz z kilkoma śmielszymi druhami zatrzymał oddział i oświecił go latarką elektryczną. Na czele stał oficer”.

Komendant Maciejewski w kilku prostych słowach po niemiecku rozkazał żołnierzom złożyć broń. Wtedy jeden z pruskich oficerów wyciągnął pistolet, mierząc do bezczelnego Polaka. Maciejewski niechybnie oberwałby w głowę, lecz niesamowitym refleksem popisał się 17-letni druh Wyrwicki. Błyskawicznym ciosem Gienek uderzył oficera w rękę, a pocisk wystrzelony z pistoletu trafił w uliczny bruk. Wybuchła panika. Spłoszeni harcerze rozbiegli się do pobliskich bram, Niemcy zaś pognali w stronę Łasku, porzucając kilka karabinów i ładownic.

„Po pierwszych strzałach rozbiegli się bezbronni chłopcy z Sokoła. Tego dnia już nie chcieli brać udziału w dalszych akcjach nocnych” – wspominał Maciejewski.

Kilka minut później harcerze osaczyli ostatni dwukonny wóz z pruskiego taboru. Rozbroili konwojenta i zajrzeli do transportowanych worków. Była w nich mąka. Komendant kazał zaprowadzić wóz do kwatery przy ul. Kościuszki, gdzie chciano podzielić ładunek na racje żywnościowe dla głodujących pabianiczan.

Dlaczego świetnie wyszkoleni i doświadczeni na frontach niemieccy żołnierze pozwalali się rozbrajać smarkaczom z Pabianic? Eugeniusz Maciejewski tłumaczył to tak: „W Niemczech nastąpiła rewolucja, która zmiotła z tronu cesarza Wilhelma II i utworzyła socjalistyczny rząd. Rząd ten nie chciał dalszej wojny. Wśród wojsk niemieckich pod wpływem rewolucji bolszewickiej tworzyły się rady żołnierskie, przejmujące władzę w oddziałach. Również w pruskim garnizonie w Pabianicach utworzono rady żołnierskie. Na budynkach koszar powiewały czerwone flagi. Żołnierze chcieli jak najszybciej wrócić do swych domów”.

Na koszary!

Redutą okupantów były koszary pruskiej piechoty mieszczące się w budynku fabrycznej szkoły elementarnej dla dzieci robotników, a także w domach familijnych, naprzeciw nowego kościoła NMP. Stacjonowało tam ponad stu żołnierzy. Na wyposażeniu mieli m.in. karabiny maszynowe. Frontowy atak harcerzy na koszary wojska zaprawionego w bojach byłby samobójstwem. Dlatego komendant wydał rozkaz rozpoznania sytuacji w koszarach.

Około 23.00 „razem z ochotnikiem, druhem Leonem Muellerem, podeszliśmy w ciemnościach pod koszary. Stwierdziliśmy tam, że już ostatni żołnierz niemiecki opuszczał budynek, objuczony pełnym rynsztunkiem z karabinem przewieszonym przez ramię. Postanowiliśmy odebrać mu karabin” – wspominał druh Maciejewski.

Dwaj nastoletni harcerze zaatakowali Prusaka z tyłu, rzucając się na niego. Ale żołnierz przytomnie odskoczył i wrzasnął, alarmując kolegów z karabinami, którzy byli już na ulicy. Żołnierze podnieśli broń i wycelowali w harcerzy. Obaj druhowie uciekli. Niemieckiego piechura próbował też rozbroić dowborczyk Feliks Rutkowski, goszczący w Pabianicach u kolegi, Kazimierza Skowrońskiego. I też nie dał rady, choć był wyszkolonym żołnierzem frontowym.

Niemcy pomaszerowali w kierunku Łasku. Zanim zniknęli w ciemnościach, harcerze ostrożnie weszli do koszar. Znaleźli tam jeden uszkodzony karabin, amunicję oraz duże zapasy koców, żołnierskiej bielizny, prześcieradeł, szarego mydła, a także kuchnię polową, łóżka, stoły, szafy i ławy.

„Zameldowaliśmy o tym komendantowi, który nakazał wysłanie do koszar wartownika w celu ochrony majątku przed grabieżą” – wspominał druh Maciejewski. „Wybór padł na druha Stefaniaka. Po kilku godzinach druh Stefaniak wrócił do kwatery, ale bez karabinu i naboi. Okazuje się, że około godziny 7.00 został rozbrojony przez bojówkę Polskiej Partii Socjalistycznej, składającą się z kilku starszych i silniejszych od niego ludzi”. Zanim na niebie zrobiło się jasno, mieszkańcy okolicznych domów rozgrabili zapasy poniemieckich koców, bielizny, mydła i mebli.

Po zajęciu koszar peowiacy pod komendą 24-letniego Józefa Waligórskiego (ps. „Olszewski”) opanowali budynek poczty, Kreisamt (urząd powiatowy) przy Zamkowej i posterunek żandarmerii, zainstalowany w papierni. Wdarli się do kasyna i rozbroili Niemców z obsługi.

W tym czasie uczniowie Szkoły Handlowej rozbroili pruskich „landsturmowców” (umundurowanych ochotników) skoszarowanych w domu przy ulicy Długiej (później mieściła się tam Szkoła Podstawowa nr 12). Komendantem miasta został Antoni Jankowski, który zajął się formowaniem oddziałów zbrojnych.

Nocą przymaszerowały do Pabianic dwa oddziały peowiaków - 160 bojowników. Byli to mieszkańcy okolic Dobronia, Dłutowa, Bychlewa, Jutrzkowic i Rydzyn. Skierowano ich do pilnowania porządku w mieście.

Harcerze przeciw złodziejom

Rankiem do akcji rozbrajania Prusaków przyłączyli się co odważniejsi młodzieńcy ze Starego Miasta, głównie synowie fabrycznych robotników. „Byłem świadkiem jak dwaj dwunastoletni chłopcy zaatakowali w alejach ul. Zamkowej niemieckiego żandarma” – wspomina Maciejewski. „Oczywiście nie daliby rady Niemcowi, gdyby nie moja pomoc i innych harcerzy z karabinami. Odebrałem Niemcowi pas i pistolet”.

„Byliśmy niewyspani, zmordowani i głodni. Niektórzy rodzice przynieśli nam śniadanie” – wspominał druh. „Uważaliśmy siebie za ochotniczych żołnierzy polskich. Około 8.00 nadeszła wiadomość, że Niemcy opuszczają dworzec kolejowy, a ludność grabi pobliskie magazyny i składy węgla”.

Harcerze, którzy zdobyli 20 niemieckich karabinów i pistoletów, na rozkaz komendanta hufca szybko utworzyli uzbrojony oddział, liczący 28 najstarszych druhów. Czwórkami pomaszerowali na dworzec, by go zająć i kontrolować. „Po drodze witali nas radośnie mieszkańcy miasta, rodziny, znajomi. Do oddziału dołączyli się spóźnieni harcerze” – wspominał druh Eugeniusz.

Przy dworcowych budynkach uwijali się szabrownicy, pospolici złodzieje i dzieci przysłane tu przez rodziców po węgiel z rozbitych składów. Nie pomogły ostrzeżenia, znów trzeba było strzelać w powietrze. Dopiero wtedy szabrownicy odstąpili. Przy zamkniętych na kłódki magazynach z mąką i cukrem oraz w składach węgla stanęły harcerskie warty, zmieniane co cztery godziny.

W głównym budynku dworca harcerze natknęli się na dwóch niemieckich oficerów, kilku szeregowców-maruderów, zawiadowcę stacji (Niemca), wyższego urzędnika kolejowego w mundurze i pruskiego kasjera. Wszyscy szykowali się do wyjazdu z Pabianic. Żołnierze bez oporu oddali broń, amunicję i pieniądze. Pozwolono im wsiąść do pociągu ewakuacyjnego. 11 listopada 1918 r. przez miasto przejechało 6 pociągów z pruskimi żołnierzami już rozbrojonymi w Warszawie lub Łodzi.

W dworcowej kasie biletowej zostały pieniądze - ponad 4.000 marek. Zarekwirował je druh Dobrosław Wyrwicki, jako tako władający językiem niemieckim. Druh spisał protokół poświadczony przez niemieckiego kasjera. Jeden egzemplarz protokołu dostał kasjer, drugi wysłano do komendanta hufca – wraz z pieniędzmi. Harcerze przeszukali także dworcowe biuro, mieszkanie i bagaże zawiadowcy stacji. Skonfiskowali małokalibrowy karabinek.

Dworzec trzeba było przemienić w małą twierdzę, gdyż magazyny z jedzeniem mocno wabiły szabrowników i złodziei. Po południu na dworzec wkroczył oddział uzbrojonych harcerzy. Wyznaczono dodatkowe posterunki.

Wkrótce od strony Łodzi nadjechał pociąg towarowy wiozący na zachód niemieckich żołnierzy. Miał dwie lokomotywy. Harcerze zauważyli, że niektórzy Niemcy mają broń. Dali znak maszyniście, by się zatrzymał. Maszynista (Niemiec) nie usłuchał i trzeba było kilku wystrzałów z karabinów, by sięgnął do hamulca.

„Zostawiwszy wartowników na peronie, w kilkunastu wchodziliśmy do wagonów. Kazaliśmy Niemcom podnieść ręce do góry i przeprowadzaliśmy osobistą rewizję w poszukiwaniu broni” – wspominał druh Maciejewski. „Znaleźliśmy kilka pistoletów, bagnetów i amunicję. Ponieważ uważaliśmy, że jedna lokomotywa wystarczy dla dowiezienia pociągu do granicy, kazaliśmy odstawić drugą na bocznicę. Druh Roman Rondecki posiadający pistolet, wskoczył na lokomotywę i zmusił niemieckiego maszynistę do odprowadzenia lokomotywy”.

Rok 1918: żołnierski lazaret w Pabianicach

Wreszcie rządzą Polacy

Do wieczora harcerze przeszukali i odprawili kilka pociągów z pruskim wojskiem. O zmroku znów padły strzały. Na postrach, bo do szturmu na magazyny z węglem i mąką ruszyli szabrownicy i mieszkańcy okolicznych domów. Gdy gruchnęła salwa, uciekli. Mimo to straż na kolei trzeba było trzymać jeszcze przez kilka dni i nocy, póki dworca nie przejęli polscy kolejarze. 

Nazajutrz na Nowym Mieście odkryto poniemieckie składy żywności, ukryte w dwóch fabryczkach i spółdzielni Społem. Zarekwirowano też dwa konie, kilka świń i wojskowe furmanki.

W Pabianicach czuło się radość z wypędzenia okupantów i odzyskania niepodległości. Powściągliwi byli tylko mieszkańcy narodowości żydowskiej i rosyjskiej. W oknach tkalni i domów powiewały biało-czerwone flagi. Pochód pabianiczan i mieszkańców pobliskich wsi dotarł do Zamku – siedziby władz miejskich. Do tłumu przemówił 37-letni Antoni Szczerkowski – tkacz i działacz socjalistyczny (po wojnie poseł na Sejm i wiceprezydent Pabianic). Po 123 latach niewoli Polska odzyskała niepodległość.

Przez kolejne dni miastem próbowali zarządzać robotnicy, przy wyczekującej postawie fabrykantów. „Gazeta Łódzka” z 25 listopada 1918 r. informowała: „Po usunięciu burmistrza Aleksandra Orłowskiego, w Pabianicach zaprowadzono rządy robotnicze. Na czele Rady Robotniczej stoi prezes Związku Zawodowego Robotników Przemysłu Włóknistego, towarzysz Szczerkowski. Prezydium stanowią towarzysze: Jagiellak, Skowroński i Sulej.

Usunięto naczelnika milicji Zurawicza, a komisariat objął komendant Śmigły, mając do pomocy podkomisarzy: Jakoczaka, Zyskowskiego, Brzozowskiego i Staniaka.

Wszyscy urzędnicy magistratu pozostali na stanowiskach. Kierownictwo spraw magistrackich powierzono urzędnikowi Podgórskiemu, skarbnikiem został J. Petrykowski. Zatrudniono ponadto: buchaltera, archiwistę, kwatermistrza, maszynistkę, akuszerkę, intendenta, 2 stróżów, 3 woźnych, gajowego, felczera, kontrolera żywności, sekwestatora i registratorkę. Zaprowadzono ośmiogodzinny dzień pracy, zwiększono racje chleba i wprowadzono niepłatną pomoc lekarską”.

Komendantem garnizonu Pabianice został 25-letni porucznik Antoni Jankowski, były oficer armii rosyjskiej i dowborczyk (rok później zginął na froncie wojny z bolszewikami). Komendant przejął zdobyczną broń i sprzęt wojskowy, by formować ochotnicze oddziały do obrony niepodległości Polski.

(artykuł z cotygodniowej strony historycznej w papierowym "Życiu Pabianic")

 

PRZECZYTAJ TAKŻE:

Gdy wywał w Pabianicach Józef Piłsudski

PRZECZYTAJ INNE ARTYKUŁY TEGO  AUTORA:

Katastrofa samolotu pod Pabianicami. Zginęli wszyscy pasażerowie i cała załoga

Ten wirus zabił tysiące. A zaczęło sie podobnie jak z koronawirusem

100 milionów dolarów czeka na pabianiczanina!

Ogromny spadek dla rodziny z Pabianic?

Gdy pabianiczanie płynęli do Brazylii. Za chlebem

Jak szynka z Pabianic podbiła Stany Zjednoczone

Będzie wymiana pieniędzy: za 100 starych złotych - tylko 1 zł

Co Adolf Hitler robił w Pabianicach we wrześniu 1939 roku?