„Bezczelność Niemców jest zdumiewająca. To u nas dorobili się, żyją jak pączki w maśle, a z utęsknieniem czekają na führera” – odpowiadali Polacy. Latem 1939 roku atmosfera w Pabianicach była wybuchowa.

„Wojna z Rzeszą jest nieunikniona” – pisała prasa i wieszczyło radio. Choć zapobiegliwi pabianiczanie robili wojenne zapasy mąki, cukru, soli, konserw, nafty i zapałek, gazety uspokajały: „Żywności jest w bród, wystarczy dla wszystkich”. Mimo to kolejki przed sklepami wydłużały się. W Rzeźni Miejskiej przy ulicy Żwirki i Wigury wykupiono cały zapas smalcu i łoju.

Na wieżach katolickich kościołów co godzinę biły dzwony, wzywając wiernych na mszę św. o pokój dla ojczyzny. Niemal połowa policjantów dostała wezwania do wojska. Trzy najlepsze wozy strażackie szykowano do ewakuacji z Pabianic – na Wschód. Skład węgla A. Mudza i M. Pawlikowski z ulicy Łaskiej 21 miał rekordową sprzedaż opału, mimo że  zwykle o tej porze mało kto robił zimowe zapasy.

W ostatnich dniach sierpnia 1939 roku z okien domu i masarni Niemca Sziktanca posypały się szyby. Kamieniami ciskali sąsiedzi i przechodnie - Polacy.

„Gazeta Pabianicka” pisała o tym w artykule pod tytułem: „Bezczelna Niemka”. Według dziennikarza, jednym z lokatorów domu Niemca przy ulicy Łaskiej był młody Polak, który dostał wezwanie do wojska, by bronić ojczyzny. Gdy wyruszał na wojnę, żona Sziktanca upomniała się o komorne za następny miesiąc - wrzesień. Żołnierz obiecał, że zapłaci po powrocie z wojny, bo teraz nie ma ani złotówki. Ale Sziktancowa domagała się pieniędzy już teraz. Sąsiedzi słyszeli, że obrzuciła żołnierza wyzwiskami i uderzyła w twarz. „Jak go zastrzelą albo wezmą do niewoli, to kto mi zapłaci?” – głośno urągała.

Incydent rozegrał się przed kamienicą. W obronie żołnierza stanęli sąsiedzi i oburzeni przechodnie. Chwilę później grad kamieni stłukł szyby w mieszkaniu Sziktanców i oknie ich sklepiku z kaszanką, kiełbasą i salcesonem.

Niemcy coraz śmielej manifestowali nienawiść do Polski i uwielbienie dla führera. „Na karę 3 miesięcy aresztu i 50 zł grzywny sąd skazał szynkarza Sergiusza Wiszniewskiego, który publicznie lżył naród polski” – pisała „Gazeta Pabianicka” z 26 sierpnia 1939 roku. „Będąc stałym słuchaczem niemieckich stacji nadawczych, Wiszniewski naładował się do tego stopnia wrogą Polsce propagandą, że zaczął publicznie lżyć kraj i naród polski. Po przesłuchaniu świadków sąd uznał go winnym rozpowszechniania fałszywych wiadomości, mogących zaszkodzić porządkowi publicznemu  oraz ubliżających państwu i skazał go. Ponadto Wiszniewskiemu odebrano koncesję na prowadzenie restauracji, którą do tej pory miał w Nowej Kolonii w lesie staromiejskim”.

Bezczelni Niemcy

Policji doniesiono, że gdzieś w okolicach ulicy Legionów (Partyzanckiej) nadaje hitlerowska radiostacja. Jej spiker miał mówić: „Pabianice są miastem niemieckim, bo Niemcy przelali tutaj krew w 1914 roku. Jak przyjdzie Hitler, polskimi łbami będziemy brukować pabianickie ulice”. Policja przeszukała kilka domów i obejść, ale radiostacji nie znalazła.

Faszyści dawali o sobie znać nawet w tramwajach. Dziennik „Echo” pisał: „Jeden z pasażerów w głośnej rozmowie z konduktorem lżył naród polski, podnosząc wyższość nad nim światłego narodu niemieckiego. Padły słowa, że Polacy to głupcy, nieroby i pijacy”.

Sąd Grodzki skazał na trzy tygodnie aresztu butną Niemkę z Ksawerowa, której syn - czternastoletni Roman Jung, w maju wyciął na szkolnych ławkach swastyki i napisy: „Deutschland” oraz „Hitler”. Lokalny dziennik pisał o tym tak: „Kierownik szkoły powszechnej, p. Bronisław Franke, wezwał matkę Junga, by zwrócić jej uwagę na wybryk chłopca. Bezczelna i butna Niemka, zamiast życzliwie przyjąć słuszne uwagi kierownika, wykrzykiwała, że języka polskiego nie zna (choć zna bardzo dobrze). Żądała mówienia do niej po niemiecku”.

„Gazeta Pabianicka” uznała, iż: „Bezczelność niektórych Niemców jest zdumiewająca. To u nas, w Polsce, dorobili się majątków, żyją jak pączki w maśle, a potajemnie witają się słowami Heil Hitler! i z utęsknieniem czekają na triumfalny wjazd führera. Polacy to naród rycerski i nadzwyczaj cierpliwy, lecz Niemcy niech nie zapominają, że cierpliwość i rycerskość ma swoje granice…”.

Gazeta ostrzegała, że Niemcy spróbują podnieść głowy jeszcze wyżej. „Do tego jednak nie można dopuścić i do tego nie dojdzie” – pisała. „Niemcy w większości muszą być wydaleni z fabryk – zwłaszcza z tych, które pracują na potrzeby  wojskowości. Musimy naszym Niemcom odmierzać taką miarką, jaką w Rzeszy odmierzają Polakom. Nie obawiajmy się wydalenia z kraju niemieckich fachowców. Polska poradzi sobie szybko, sprawnie, mądrze i dobrze”.

Coraz więcej pabianiczan domagało się, by niemieckie gimnazjum nad Dobrzynką czym prędzej przekształcić w polskie gimnazjum kupieckie. By wyprosić ze szkoły niemieckie dzieci, a w ławkach posadzić polskie. „Nie może być tak, że dzieci Polaków są gorzej wykształcone i mają mniejsze szanse na zdobycie zawodu zapewniającego utrzymanie rodziny” – uważała lokalna prasa.

Późnymi wieczorami w bufecie na terenie parku Wolności bawili się pabianiccy hitlerowcy, gromko śpiewając: „Wacht am Rhein” i „Horst Wessel”. Lały się strumienie wódki i piwa. Choć Polacy meldowali o tym, policja nie interweniowała.

„Żydzie, czemu nie bronisz Polski?”

Rósł żal do tutejszych Żydów, skąpiących pieniędzy na karabiny, tankietki, samoloty i łodzie podwodne dla polskiej armii. „Dobrze by było, by mieszkańcy Pabianic dowiedzieli się, ile ludność żydowska naszego miasta wyłożyła na cele obrony granic państwa, z którego przecież tak hojnie korzysta” – pisała „Gazeta Pabianicka”. I podała, że Żydzi „skąpili pieniędzy na narodową pożyczkę dla polskiej armii, by armia obroniła kraj przed najazdem hitlerowców”. W prasie drukowano listy nazwisk obywateli, którzy wpłacali pieniądze na fundusze obrony kraju. Niewiele na tej liście dostrzeżono nazwisk żydowskich.

Odżyły wezwania, by w odwecie bojkotować żydowskie sklepy i zakłady usługowe. Na kilka dni przed wybuchem wojny polski sklepikarz Magnuszewski otworzył przy ulicy Kilińskiego skład kolonialny, nazywając go „chrześcijańskim”. Na drzwiach wisiała tabliczka z napisem: „Żydom nic nie sprzedajemy”.

Panie z Przysposobienia Wojskowego Kobiet ćwiczyły posługiwanie się maskami.

Czekając na Wehrmacht

Za pieniądze hojnie słane przez faszystów z Rzeszy do Pabianic, Chechła, Woli Zaradzyńskiej, Ksawerowa (w tych wsiach mieszkało najwięcej Niemców) tutejsi fanatycy Hitlera kupowali sprzęt do ćwiczeń sportowych. Hitlerowcy uzupełniali też „czarną listę” nazwisk Polaków - działaczy społecznych, budowniczych szkół, kościołów, domów kultury, lekarzy, prawników, nauczycieli. Po zajęciu Pabianic przez Wehrmacht, tę listę miało dostać gestapo, szykujące się do aresztowań najbardziej wartościowych Polaków.

„Piąta kolumna” była zaopatrywana przez „kupców” z Niemiec, przyjeżdżających pod pretekstem załatwiania w Polsce kupieckich interesów. W istocie broń, materiały wybuchowe, aparaty fotograficzne i radiostacje przywozili nie kupcy, lecz agenci wywiadu.

Na przystanku tramwajowym „Widzew-Żdżary” regularnie spotykali się piłkarze niemieckiego klubu sportowego Burza Pabianice. Ale zamiast treningów z piłką, pod lasem ćwiczyli musztrę, walki wręcz, strzelanie i działania dywersyjne. Nie było tajemnicą, że wyrostki z Hitlerjugend zbierały się na skraju wsi - w domu Meierów. Wieczorami polscy sąsiedzi Meierów z rosnącym niepokojem słuchali gromko śpiewanego hymnu: „Deutschland űber alles“, kończącego wiece hitlerowców.

Głośno zrobiło się w mieście o młodym księdzu Romanie Gradolewskim – do niedawna mieszkańcu domu Zgromadzenia Córek Bożej Miłości przy Warszawskiej. Gradolewski, który odprawiał niedzielne msze w języku niemieckim, jawnie manifestował faszystowskie poglądy. Z łódzkiego kościoła św. Krzyża, gdzie posłał go biskup, wypraszał wiernych narodowości polskiej. Oburzeni Polacy zakłócali kazania Gradolewskiego, chóralnie śpiewając: „Boże coś Polskę”. Świadkiem tego był m.in. kanclerz kurii biskupiej, ksiądz Jan Żdżarski, który w notatce dla arcybiskupa napisał: „Niezrozumiałym jest, z jakich pobudek ks. Roman odmawia Polakom posługi religijnej”. W pokoju księdza Romana wisiał portret Hitlera.

„Niech żyje Polska!”

26 sierpnia 1939 roku było niemal pewne, że Hitler uderzy na Polskę. Tego dnia „Gazeta Pabianicka” na pierwszej stronie wydrukowała artykuł pt. „Niemcy w przemyśle pabianickim”. Nie była to praca historyczna o przybyszach z Saksonii, którzy 130 lat temu uprzemysławiali zacofane Pabianice. Z artykułu zionęła nienawiść do rodzin Kruschów, Enderów, Kindlerów, Hansów, Thielów, Neugebauerów, a także właścicieli fabryki chemicznej i papierni.

Pisząc o czasach, gdy niemieccy tkacze stawiali fabryki nad Dobrzynką, gazeta stwierdzała: „Niemcy tutejsi chcieli w zarodku zdusić wszelkie objawy życia polskiego w przemyśle. Robotnik polski poczuł się parszywym obywatelem na własnych śmieciach. Nie pozwolił na dalsze pomiatanie swojej godności narodowej i podniósł silną pięść do nosa Niemcom! Trzeba przyznać, że Niemcy nie rozumieją żadnych słusznych i logicznych wywodów, ale cenią i szanują brutalną siłę. Kilku prowokatorów – Niemców, powyrzucano z fabryk. Inni przycichli. Wydano zarządzenia, iż podczas pracy rozmowy należy prowadzić wyłącznie po polsku”.

W sierpniu odważna pabianicka nauczycielka Helena Salska skrzyknęła młodych Polaków. Patriotyczna manifestacja pomaszerowała ulicami miasta, głosząc protest wobec agresywnych zamiarów Hitlera. Na Zamkowej spalono antypolskie książki, obficie kolportowane wśród tutejszych Niemców. Podeptano portrety Hitlera.

Na ulicy Złotej (Kolbego) demonstranci zdemolowali piwiarnię hitlerowca Zacheja. Krzyczeli: „Precz z Hitlerem!”, „Niech żyje Polska!”. Pochód zatrzymał się także przed kamienicą przy Pułaskiego, gdzie trwało zebranie aktywistów Hitlerjugend. Tłum wyłamał drzwi, a bracia Marczakowie z ulicy Poniatowskiego pobili wystrojonego w mundur Hitlerjugend syna księgarza Keila.

Wkrótce rozeszła się pogłoska, iż w portierni należącej do Szwajcara fabryki chemicznej wiszą portrety Hitlera. Przed zakładem szybko zebrał się tysięczny tłum. Portretów Hitlera nie znaleziono, bo była to szyta grubymi nićmi prowokacja „piątej kolumny”.

A dla złodziei raj…

Ostatnia przed wojną „Gazeta Pabianicka” podała, że „Pan Bolesław Futyma, prezydent miasta, powrócił z wywczasów letnich i objął urzędowanie”. Obok opublikowano wezwanie do narodu: „Zapisujcie się na członków Ligi Morskiej i Kolonialnej!”. Na murach kamienic od paru dni wisiały plakaty z hasłem: „Gwałt zadawany siłą, musi być siłą odparty”. Zilustrowano go zdjęciami i rysunkami polskich samolotów, czołgów, dział i żołnierzy.

Nadciągająca wojna „mobilizowała” przestępców. Tym bardziej, że z ulic miasta zniknęły patrole policji. „W nocy z soboty na niedzielę do sklepu z żelazem p. Jakubowskiego przy ul. Zamkowej 51 włamali się złodzieje. Poszkodowany oszacował straty na tysiąc złotych” – pisała „Gazeta Pabianicka”.

Dla ludzi stojących w kolejkach po jedzenie prasa miały lepszą propozycję – wycieczkę do Warszawy na wystawę „Najnowsza aparatura Philipsa”. Obiecywano pokaz działania pierwszego telewizora. „Za rok, dwa lata takie cacko będzie w każdym polskim domu” - wieszczyła gazeta.

27 sierpnia rano mieszkańcy Pabianic kopali rowy przeciwczołgowe, a 31 sierpnia specjalny kurier na motocyklu przywiózł ze starostwa w Łasku zarządzenia mobilizacyjne.

Roman Kubiak

PRZECZYTAJ INNE ARTYKUŁY TEGO  AUTORA:

Katastrofa samolotu pod Pabianicami. Zginęli wszyscy pasażerowie i cała załoga

Ten wirus zabił tysiące. A zaczęło sie podobnie jak z koronawirusem

100 milionów dolarów czeka na pabianiczanina!

Ogromny spadek dla rodziny z Pabianic?

Gdy pabianiczanie płynęli do Brazylii. Za chlebem

Jak szynka z Pabianic podbiła Stany Zjednoczone

Będzie wymiana pieniędzy: za 100 starych złotych - tylko 1 zł

Co Adolf Hitler robił w Pabianicach we wrześniu 1939 roku?